
Photos by
Passlack
Kraków. Bez zbędnego wprowadzenia. Przejdę od razu do konkretów. Ładnych ubranek, sajnos, nincs. Nic nie kupiłam w żadnym lumpeksie ani komisie, które były dla mnie za drogie jak na to co miały do zaoferowania (można to też zrozumieć tak, że jestem lamusem i wolę ubierać się w Haendemie i Zarusi). To zapewne wina tego, że mieszkaliśmy w miarę blisko centrum (w centrum? średnio znam się na Krakowie) i kręciłam się głównie w okolicach Kazimierza, Dworca Głównego i ulicy Dietla (to ładne określenie trasy Galeria Krakowska - chińczyk - Alchemia - sklep spożywczy - lenić się w hostelu). Już wielką wyprawą było odwiedzenie muzeum fotografii (oczywiście pojechaliśmy w drugą stronę tramwajem, ponieważ mój brat jest przestrzennie upośledzony). No ale jako, że ładne ubranka nie były głównym celem wizyty w Krk, to semmi baj - nic nie szkodzi.
Tym głównym celem byla działalność fotograficzna i bitewna (fotograficzno-bitewna raczej) na Wojnie o Wawel (ta pierwsza wyszła średnio - ostatnio nie mam na to zupełnie humoru, tylko dźwigam sprzęt za sobą. Z kolei ta druga polegała na tym, że z błyszczącą bransoletką kręciłam się po bekstejdżu (robiąc to co umiem najlepiej - milcząc) z moimi niusiami i z tejże perspektywy oglądałam bitwę). Samej Wojny o Wawel reklamować chyba nie powinnam, bo już zrobiono mi pranie mózgu. NO ALE wyżebrałam koszulkę od
Solara (pamiętacie go?
Budzącego kontrowersje młodego geniusza street fashion i utytułowanego polskiego fristajlowca?), więc siłą rzeczy do tego dojdzie. Bo w końcu ubranka to ubranka, TAK?
Jak wyżej wspomniałam, ładnych ubranek nie było. No może nie licząc pewnej oryginalnej ozdoby na szyję (wyglądającej jak skrzyżowanie makaronu z szalikiem) i Państwa Tapirów (Pan Tapir trafił w ręce Solara) zakupionych w jednym ze sklepów handmade na ul. Józefa. Ale o tym w następnym poście. Stay tuned.
Ciuchy na zdjęciach:
Płaszcz - Zara
Torba - Aldo
Czapka - H&M
Fioletowy sweter - Zara
Chusta - India shop